Ma pani wersję bez podłączenia?

- Ma pani wersję bez podłączenia? — zapytał Feye. Obracał w rękach małe, srebrne urządzenie w kształcie dysku. Gdy zbliżał je do mikrokomputera, oba rozbłyskiwały, łączyły się i automatycznie zaczynały synchronizować.

- Jasne, kochanieńki. Tylko to będzie drożej kosztowało — odpowiedziała sprzedawczyni, uśmiechając się. — Każdy by chciał bez neta, a przecież tego nie produkują w Chinach. Dwieście euro.

- Fiuu…. W sumie ceny powinny spadać, a nie iść do góry — lekko zdenerwował się mężczyzna. — To prawie dwa razy drożej!

- Drogo, ale wygodnie — wzruszyła ramionami. — To który dać?

- Droższy, nie będą mi ciągle zaglądać do kolekcji.

Kobieta sięgnęła pod ladę, wyjęła stamtąd identyczne z wyglądu srebrne maleństwo i chciała już przełożyć do oryginalnego opakowania, gdy Feye wstrzymał ją gestem, przyłożył na chwilę swój zegarek, po czym widząc, że nic się nie aktywuje, skinął głową, uśmiechając się lekko.

- Dobry sprzęt, też z Kalisza? - spytał, przykładając dowód do czytnika.

- Chyba tak, ale w sumie to już się pogubiłam. Coraz więcej tego się teraz robi, nawet już to nazywają “fabrykami”.

- Trafna nazwa — stwierdził Feye. — Dwieście, O.K. — potwierdził na terminalu kwotę transakcji i po chwili szedł już do domu z najnowszym cudeńkiem rynku elektroniki.

Po powrocie do domu Feye otworzył w łóżkomputerze kolekcję muzyki i wstukał kod nabazgrany na karteczce do kupionego własnie odtwarzacza muzycznego, aby go uruchomić. Nic się jednak nie stało. Mężczyzna się zdenerwował. Spojrzał jeszcze raz na kartkę i palnął w czoło, zauważając, że to, co wziął za cyfrę, było podobnie wyglądającą literą. Pamiętał, że kiedyś, jeszcze przed Thingnetem, w podobny sposób irytowały go zabezpieczenia niektórych serwisów. “Ciekawe, przed czym próbowali się w ten sposób zabezpieczyć” — myślał.
Po wpisaniu poprawnego kodu odtwarzacz włączył się i zaczął wymieniać informacje z komputerem. Po kilkunastu minutach Feye trzymał w dłoni całą swoją muzykę, preferencje muzyczne i ustawienia dla każdego dostatecznie często zdarzającego się otoczenia. Nowinka od Umusic miksowała z tego ścieżkę dźwiękową na każdą chwilę, gdy tylko Feye nie był zajęty czymś ważnym, sama ustawiała głośność i dawała się wyłączyć i włączyć na wiele wygodnych sposobów. Na przykład poprzez odpowiednie mruknięcie.

Był to egzemplarz bez podłączenia do Thingnetu, dzięki czemu żadna korporacja nie była w stanie śledzić jego upodobań, ani nawet w przybliżeniu wyznaczyć wysokości abonamentu na rozrywkę. Dzięki urządzeniom niesynchronizującym się z globalną siecią elektroniki użytkowej Feye wyglądał na osobę, która utworów muzycznych słuchała tylko na przystankach, dyskotekach i u znajomych.

Dopiero kilka miesięcy wcześniej, po wielu nieudanych próbach, w sieci pojawiły się pierwsze skuteczne sposoby na złamanie zabezpieczeń fizycznych i programowych, które dotychczas z jednej strony gwarantowały większości ludzi w miarę tanią, swobodną i legalną wymianę plikami chronionymi prawami autorskimi, z drugiej jednak, co by nie mówić, w olbrzymim stopniu ingerowały w prywatność. Buntownikom pozostawało słuchanie starszych kawałków, łapanie przypadkowo wypuszczonych bez zabezpieczeń nagrań, które dawało się odsłuchiwać także na najnowszym sprzęcie, wreszcie korzystanie z odtwarzaczy i komputerów starszej generacji, na które można było skopiować wszystko, ale których wygoda pozostawiała wiele do życzenia. Poza tym obciachowo było chodzić po szkolnym korytarzu z anachronicznymi, niezdrowymi słuchawkami, gdy większość kolegów i koleżanek miała w cenie nowych odtwarzaczy pseudoimplanty słuchowe.

Ostatecznie jednak złamano zabezpieczenia i coraz więcej urządzeń udawało się odłączyć od Thingnetu, jednocześnie dając dostęp do praktycznie nieograniczonych zasobów multimedialnych. W sumie chodziło tylko o jedno: znów nikt nie wiedział, czego słuchasz, kiedy i w jakim miejscu to robisz, i z kim wymieniasz się plikami. Obrońcom praw człowieka nie udało się udowodnić, że permanentna inwigilacja, nawet agregowana do ogólnych wzorców i profili użytkowników, jest naruszeniem wolności i prywatności. Dopiero powstanie “fabryk” takich jak kaliska było światełkiem w tunelu.

Feye lubił światełka, jak każdy przeciwnik Thingnetu. Potrafił jednak przyznać, że wygodnie było nie musieć pamiętać, gdzie co jest w domu, bo Google Things lokalizowało wszystko w mgnieniu oka.

Komentarze (4)

  1. s
    28.04.2006 o godzinie 13:13

    dobre Kubusiu :) dobre

  2. 28.04.2006 o godzinie 15:08

    A potem przyszli panowie w czarny garniturach…

  3. stan
    28.04.2006 o godzinie 18:08

    i tak może niedługo wyglądac nasz świat za szybką MP3-jki kiedy będzie sprawdzana jakimś algorytmem DRM czy inny badziewiem. już teraz nikt nie jest bespieczny i tylko starzy wyjadacze Winyli mgą spać spokojnie…

  4. hig
    28.04.2006 o godzinie 22:58

    “… with liberty and justice for all.”

Napisz komentarz

Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.