28.04.2006
Ma pani wersję bez podłączenia?
- Ma pani wersję bez podłączenia? — zapytał Feye. Obracał w rękach małe, srebrne urządzenie w kształcie dysku. Gdy zbliżał je do mikrokomputera, oba rozbłyskiwały, łączyły się i automatycznie zaczynały synchronizować.
- Jasne, kochanieńki. Tylko to będzie drożej kosztowało — odpowiedziała sprzedawczyni, uśmiechając się. — Każdy by chciał bez neta, a przecież tego nie produkują w Chinach. Dwieście euro.
- Fiuu…. W sumie ceny powinny spadać, a nie iść do góry — lekko zdenerwował się mężczyzna. — To prawie dwa razy drożej!
- Drogo, ale wygodnie — wzruszyła ramionami. — To który dać?
- Droższy, nie będą mi ciągle zaglądać do kolekcji.
Kobieta sięgnęła pod ladę, wyjęła stamtąd identyczne z wyglądu srebrne maleństwo i chciała już przełożyć do oryginalnego opakowania, gdy Feye wstrzymał ją gestem, przyłożył na chwilę swój zegarek, po czym widząc, że nic się nie aktywuje, skinął głową, uśmiechając się lekko.
- Dobry sprzęt, też z Kalisza? - spytał, przykładając dowód do czytnika.
- Chyba tak, ale w sumie to już się pogubiłam. Coraz więcej tego się teraz robi, nawet już to nazywają “fabrykami”.
- Trafna nazwa — stwierdził Feye. — Dwieście, O.K. — potwierdził na terminalu kwotę transakcji i po chwili szedł już do domu z najnowszym cudeńkiem rynku elektroniki.
Po powrocie do domu Feye otworzył w łóżkomputerze kolekcję muzyki i wstukał kod nabazgrany na karteczce do kupionego własnie odtwarzacza muzycznego, aby go uruchomić. Nic się jednak nie stało. Mężczyzna się zdenerwował. Spojrzał jeszcze raz na kartkę i palnął w czoło, zauważając, że to, co wziął za cyfrę, było podobnie wyglądającą literą. Pamiętał, że kiedyś, jeszcze przed Thingnetem, w podobny sposób irytowały go zabezpieczenia niektórych serwisów. “Ciekawe, przed czym próbowali się w ten sposób zabezpieczyć” — myślał.
Po wpisaniu poprawnego kodu odtwarzacz włączył się i zaczął wymieniać informacje z komputerem. Po kilkunastu minutach Feye trzymał w dłoni całą swoją muzykę, preferencje muzyczne i ustawienia dla każdego dostatecznie często zdarzającego się otoczenia. Nowinka od Umusic miksowała z tego ścieżkę dźwiękową na każdą chwilę, gdy tylko Feye nie był zajęty czymś ważnym, sama ustawiała głośność i dawała się wyłączyć i włączyć na wiele wygodnych sposobów. Na przykład poprzez odpowiednie mruknięcie.
Był to egzemplarz bez podłączenia do Thingnetu, dzięki czemu żadna korporacja nie była w stanie śledzić jego upodobań, ani nawet w przybliżeniu wyznaczyć wysokości abonamentu na rozrywkę. Dzięki urządzeniom niesynchronizującym się z globalną siecią elektroniki użytkowej Feye wyglądał na osobę, która utworów muzycznych słuchała tylko na przystankach, dyskotekach i u znajomych.
Dopiero kilka miesięcy wcześniej, po wielu nieudanych próbach, w sieci pojawiły się pierwsze skuteczne sposoby na złamanie zabezpieczeń fizycznych i programowych, które dotychczas z jednej strony gwarantowały większości ludzi w miarę tanią, swobodną i legalną wymianę plikami chronionymi prawami autorskimi, z drugiej jednak, co by nie mówić, w olbrzymim stopniu ingerowały w prywatność. Buntownikom pozostawało słuchanie starszych kawałków, łapanie przypadkowo wypuszczonych bez zabezpieczeń nagrań, które dawało się odsłuchiwać także na najnowszym sprzęcie, wreszcie korzystanie z odtwarzaczy i komputerów starszej generacji, na które można było skopiować wszystko, ale których wygoda pozostawiała wiele do życzenia. Poza tym obciachowo było chodzić po szkolnym korytarzu z anachronicznymi, niezdrowymi słuchawkami, gdy większość kolegów i koleżanek miała w cenie nowych odtwarzaczy pseudoimplanty słuchowe.
Ostatecznie jednak złamano zabezpieczenia i coraz więcej urządzeń udawało się odłączyć od Thingnetu, jednocześnie dając dostęp do praktycznie nieograniczonych zasobów multimedialnych. W sumie chodziło tylko o jedno: znów nikt nie wiedział, czego słuchasz, kiedy i w jakim miejscu to robisz, i z kim wymieniasz się plikami. Obrońcom praw człowieka nie udało się udowodnić, że permanentna inwigilacja, nawet agregowana do ogólnych wzorców i profili użytkowników, jest naruszeniem wolności i prywatności. Dopiero powstanie “fabryk” takich jak kaliska było światełkiem w tunelu.
Feye lubił światełka, jak każdy przeciwnik Thingnetu. Potrafił jednak przyznać, że wygodnie było nie musieć pamiętać, gdzie co jest w domu, bo Google Things lokalizowało wszystko w mgnieniu oka.

dobre Kubusiu :) dobre
A potem przyszli panowie w czarny garniturach…
i tak może niedługo wyglądac nasz świat za szybką MP3-jki kiedy będzie sprawdzana jakimś algorytmem DRM czy inny badziewiem. już teraz nikt nie jest bespieczny i tylko starzy wyjadacze Winyli mgą spać spokojnie…
“… with liberty and justice for all.”