Archiwum artykułów: Felietony

Nowa strona

Zapraszam na moją nową stronę:

blog.petrykowski.net

petrykowski.net

Złe antyspamy

Antyspam ma za zadanie odsiać śmieci i nie odsiać “pożądanej” przesyłki. Niestety, antyspamy od czasu do czasu się mylą:

  1. Niektóre śmieci przepuszczają i ludzie muszą sami się nimi zająć. Wg mnie to nie problem.
  2. Niektóre dobre listy są zabijane przez antyspam. Wg mnie to jest olbrzymi problem i antyspam nie ma prawa dopuścić do takiej sytuacji.

Sytuacja nr 2, to jest false positive, jest zabójcza. Powody:

  1. nadawca myśli, że list dotarł (nie ma zwrotu), i czeka na odpowiedź
  2. odbiorca nic nie dostał, więc nie ma dla niego tematu
  3. o ile odbiorca nie korzysta z antyspamu wrzucającego niechciane listy do skrzynki “spam” oraz nie zagląda tam co pewien czas, żaden z nich nigdy nie dowie się, że antyspam ten list odrzucił, sam z siebie

Przykład ilustrujący, jak krytycznie to wpływa na codzienność użytkowników:

Codzienna wymiana e-maili w środowisku biznesowym. X rozmawia z Y na jakiś temat przez telefon albo osobiście wymieniają się wizytówkami. Umawiają się na kontakt emailowy. X wysyła email do Y i prosi w nim o odpowiedź. List zostaje zabity przez antyspam, na przykład ze względu na załącznik oraz słowa w treści, albo dlatego, że jakiś spamer podszywał się pod domenę nadawcy (pech tej firmy) i trafił na czarną listę antyspamu serwera Y.

Po tygodniu X jest wkurzony, że nie dostał odpowiedzi, a Y jest wkurzony, że nie dostał żadnego emaila. Jeśli ludzie są wyrozumiali i się skontaktują (jeśli!), to może to sobie wyjaśnią. Ale źle skonstruowana technologia właśnie spowodowała opóźnienie w biznesie oraz napiętą relację u samego jej początku - niefajnie!

To samo może się zdarzyć u dwóch kontaktujących się już od dłuższego czasu ludzi.
Miałem ten problem z Gmailem już kilkukrotnie. Niektórzy znajomi, do których wysyłałem maile, nie dostali ich i w ogóle nie wiedzieli, że coś im wysyłałem. Nie przeglądali folderu spam (trudno im się dziwić).

Ludzie jeszcze myślą, że to “ich wina”, że to oni “coś źle zrobili”. Co więcej, ponieważ takie działanie antyspamu pozostaje (potencjalnie) niezauważone, to przynajmniej jeden z użytkowników myśli, że wszystko jest OK.
Ale ja nie mam wątpliwości, że nie jest OK. Jedyny dla mnie akceptowalny antyspam to taki, który ma 0% false positive.  Może przepuszczać 1/4 spamu, ale nie ma prawa nie dostarczyć mi wiadomości, którą wysłał do mnie mój znajomy czy np. agent firmy, która chce ze mną nawiązać współpracę. Zwłaszcza jeśli to jest pierwszy kontakt (pierwszy i dlatego wrażliwy, także na blacklisty itp., bo antyspam nie ma podstawy do akceptacji listów typu “wysłali do siebie po 2 emaile, więc chyba się znają”).

Dlatego wszędzie, gdzie mogę, wyłączam antyspamy, filtry niechcianej poczty itp. Zbyt wiele razy już się sparzyłem.

Jak młodzież (w USA) korzysta z technologii

Od dłuższego czasu mam poczucie, że nie wiem właściwie, jak ludzie korzystają z komputerów, Internetu, komórek. Oczywiście, widzę kolegów w pracy przy komputerach, widzę swoją rodzinę i przyjaciół, studentów, podczas praktyk pedagogicznych w szkołach (głównie w liceach). Ale to malutki wycinek i mało okazji do ogarnięcia, jak ludzie rzeczywiście z różnych rzeczy korzystają. Poza tym środowisko też nie jest reprezentatywne (Wrocław to duże miasto, społeczeństwo bogatsze niż gdzie indziej, a moje otoczenie to też ludzie głównie dobrze wykształceni).

Badania z użytkownikami dają trochę informacji na ten temat. Podczas codziennych interakcji z innymi ludźmi też dowiaduję się trochę, ale ciekawi mnie zwłaszcza natężenie wykorzystania komórek, urządzeń mobilnych, konkretnych usług internetowych, odtwarzaczy mp3 i tym podobnych.

Ktoś kiedyś zapytał mnie, do czego wykorzystuję komputer. Odpowiedź brzmi: do wszystkiego. Przeniosłem prawie swoje życie do komputera, krok po kroku, i teraz powolutku muszę wydzierać pewne jego elementy z powrotem :) Pytanie: do jakiego stopnia inni młodzi ludzie zrobili to samo?

Odpowiedź na temat pewnego wycinka amerykańskiego młodego pokolenia podsunął mi Szymon Błaszczyk w dyskusji na świeżo powstałym polskim blogu Identity 2.0.

Wspaniałe wideo: Guy Kawasaki + 6 młodych ludzi rozmawiają na temat codziennego korzystania z SMS-ów, e-mail, MySpace, iPoda, zakupów w Internecie, gier, telewizji. (Dyskusja trwa godzinę, ale warto obejrzeć każdą minutę!)

Grupa nie jest na pewno reprezentatywna (ludzie z San Francisco, raczej bogatsi i o lepszym wykształceniu niż przeciętni Amerykanie), ale wnioski są wspaniałe.

Ciekawostki na temat codzienności tych młodych ludzi w USA:

  • dwojgu dziewcząt zdarza się pisać ok. 4000 (4 tysięcy) SMS-ów miesięcznie - tj. 130 dziennie!
  • w Internecie kupują głównie kartami kredytowymi rodziców
  • wszyscy mają iPoda i kupują na iTunes kilkanaście - kilkadziesiąt piosenek miesięcznie (1 dolar od sztuki)
  • praktycznie nie oglądają telewizji (1-2 godziny w tygodniu), co przy ok. 3-4 godzinach dziennie w Polsce może budzić zdziwienie. Nawet ja (o zgrozo!) oglądam teraz więcej telewizji niż oni (2-3 filmy tygodniowo)
  • TV oglądają zazwyczaj przez TiVo lub odpowiedniki, czyli i tak nie oglądają reklam telewizyjnych (TiVo, o ile rozumiem, to przede wszystkim taki trik, który pozwala pomijać reklamy bardzo łatwo, i jest szalenie popularny w USA)
  • czytają magazyny papierowe, zwłaszcza Wired Magazine jest bardzo popularny
  • na swoich iPodach mają 2-4 tysiące piosenek
  • używają MS Office, z tego, co zrozumiałem, króluje Word i PowerPoint
  • nie wiedzą, co to jest RSS, nie piszą blogów, raczej ich nie czytają
  • MySpace / FaceBook to dla nich kontakt ze znajomymi, zwłaszcza tymi, z którymi nie ma już bliskiego kontaktu na co dzień (jest ta mnóstwo “fajnych” narzędzi, np. na widzisz zdjęcie z imprezy, wskazujesz na nim kogoś, wyskakuje okienko, klikasz, pojawia się profil tej osoby). Niektórzy mają 100 kontaktów, inni 600.
  • korzystają z instant messaging regularnie
  • nie używają aparatów w komórkach, mimo że wszyscy je mają
  • na komputerze robią “wszystko”, siedzą przed komputerem wiele godzin dziennie
  • najfajniejsza (i popularna) odpowiedź na pytanie o wymarzony gadżet brzmiała: “chciałbym mieć coś rozmiaru komórki, co byłoby komórką, komputerem, GPS-em, iPodem, kluczem, kartą kredytową; gdy to zgubię, dane powinny być bezpieczne i powinienem łatwo móc uzyskać zamiennik”; na stwierdzenie, że gdy coś robi wszystko, to jest gorsze niż urządzenia wyspecjalizowane (dobry przykład: rzeczone aparaty cyfrowe w komórkach) — wyraz zrozumienia na twarzy, ale komentarz brzmi: “zróbcie to jakoś; ten, kto to zrobi, opanuje świat”.
  • Inna ciekawa odpowiedź na pytanie o gadżet - automatyczna integracja różnych urządzeń mobilnych z samochodem.

Kluczowy wniosek dla mnie: młodzież używa nowoczesnych urządzeń elektronicznych non-stop, głównie do szeroko rozumianej komunikacji ze znajomymi i przyjaciółmi oraz rozrywki. Gdy dorosną, nie będą już pisać prac domowych, tylko wykonywać zadania biurowe, ale pozostaną przy Office dla tych zadań, zaś mechanizmy komunikacyjne przez najbliższe lata najprawdopodobniej pozostaną te same (to znaczy - wszelakie).

Polecam wideo oraz komentarz na blogu Guy’a Kawasakiego, który prowadził panel.P.S. Czuję, że nie nadążam za obecnym stopniem wykorzystania nowych technologii (sam mam Nokię 6100 i Creative’a Muvo, modele sprzed 3-4 lat), czas się dokształcić. Na następnym Grillu IT spróbuję zorganizować podobną dyskusję.

Porażka informatyki

Informatyka jako dziedzina naukowo-techniczna rozwija się wspaniale, jednak z punktu widzenia obietnic, jakie składano i wciąż składa się konsumentom czy całym społeczeństwom, zawodzi na całej linii. To, co było na początku główną obietnicą komputerów — uproszczenie przechowywania i przetwarzania informacji, wymiany tych informacji między różnymi systemami, koniec z tonami papieru — jest tak naprawdę luksusową cechą wybranych, najdroższych systemów informatycznych. Świat komercyjny rozdrobnił się na setki tysięcy aplikacji, organy rządowe poszczególnych państw mają własne bazy danych, które zaczynają współpracować ze sobą dopiero wtedy, gdy ktoś podniesie raban, że co to za komputery, skoro między jednym a drugim trzeba przepisywać dane ręcznie. Podobnie bezpieczeństwo. Powinien to być podstawowy wymóg przy odbiorze każdego systemu, a jednak oferowany jest jako wartość dodana: “Nasz system robi to, czego potrzebujecie, a na dodatek jest bardzo bezpieczny.” Piękne.

Komputery stosowane są niemal wszędzie, ale zawodzą w najbardziej przyziemnych czynnościach lub może - żeby ująć precyzyjniej, co mam na myśli - nie pomagają nam tam, gdzie powinny, tj. nie zmniejszają ilości pracy wymaganej do realizacji naszych celów.

Podam dwa polskie przykłady, związane z szeroko rozumianą wymianą danych pomiędzy różnymi podmiotami (coś, co powinno być tańsze i łatwiejsze niż przechowywanie i organizowanie ton papierów).

Przykład 1: kierowca musi mieć przy sobie dokumenty pojazdu

Jeśli wychodzę z domu i zamierzam jechać samochodem, muszę zabrać ze sobą klucz do samochodu, dowód rejestracyjny i dowód ubezpieczenia OC. Oba dokumenty dotyczą tego i tylko tego samochodu, do którego pasuje kluczyk. Kluczyk ma wbudowaną elektronikę, która także jest zaprogramowana do tego konkretnego pojazdu. Innymi słowy, kluczyk wie, że pasuje właśnie do tego auta. Dokumenty też wiedzą, że dotyczą tego auta i jego właściciela. A jednak nie wystarczy mieć w kieszeni kluczyka, aby legalnie jeździć. Czemu?

Powody bezpośrednie są następujące:

  1. państwo polskie wymaga noszenia ze sobą tych dokumentów przez każdego kierowcę
  2. nikt nie wbudowuje dokumentów w sam pojazd

Kluczyk produkowany jest przez producenta auta (na przykład koncern międzynarodowy), zaś dokumenty wydawane są przez państwo polskie (które bardziej ufa pewnie papierowi niż elektronice dostarczanej przez koncern).

Porażka informatyki w tym przypadku polega na tym, że powód pierwszy nie powinien powstrzymać producentów aut i rządów państw przed integracją ewidencji dzielonych zasobów. Prawo wymaga ode mnie posiadania dokumentów? Niech one będą w aucie.

Podstawowa korzyść: wystarczy mi już tylko sam kluczyk - nie muszę tachać ze sobą za każdym razem dokumentów, obawiać się, że je zgubię, wymieniać na nowe przy okazji ponownej rejestracji pojazdu; państwo nie musi mi ich za każdym razem tworzyć.

Przykładowe rozwiązanie polegałoby na wbudowaniu w samochód modułu zawierającego jego historię, informacje techniczne, ubezpieczeniowe, rejestracyjne i inne niezbędne. Kopia tych informacji byłaby na przykład w centralnym systemie państwowym. Odpowiednie urządzenia umożliwiałyby odczyt bądź modyfikację tych danych przez uprawnione podmioty (policjant podczas kontroli drogowej, agent ubezpieczeniowy, właściciel pojazdu itp.)

CEPiK (Centralna Ewidencja Pojazdów i Kierowców) to inicjatywa mająca na celu uprościć życie organów państwowych zajmujących się takimi rzeczami, ale o ile mi wiadomo, prace nad nią idą w innym kierunku - mają za cel m.in. “poprawić bezpieczeństwo obrotu cywilno-prawnego pojazdami”.

Przykład 2: nadmiarowość formularzy

Mam 24 lata. Szacuję, że do tej pory musiałem co najmniej kilka tysięcy razy w różnych formularzach i druczkach papierowych podawać swoje imię i nazwisko, PESEL, datę urodzenia, adres zameldowania, numer dowodu osobistego itd. Moje dane (jako obywatela RP) są składowane w bliżej nieokreślonej liczbie organów administracji:

  • urząd skarbowy
  • urząd miejski (prawdopodobnie kilka różnych oddziałów)
  • ZUS
  • NFZ
  • wszystkie szkoły (podstawowa, średnia, wyższa)
  • wybrana placówka opieki zdrowotnej
  • Wojskowa Komenda Uzupełnień
  • urząd stanu cywilnego

Jest tego pewnie znacznie więcej, nawet nie wiem, skąd mogę wiedzieć, gdzie jeszcze przechowywane są moje dane.

Praktycznie w każdym z tych urzędów dane podaję od nowa - zdobywając NIP czy wypełniając wniosek o wydanie nowego paszportu, na przykład, za każdym razem muszę podawać niemal wszystkie informacje osobowe. Ewidencja jest niemal zbędna - gdyby nagle wszystkie urzędy straciły o mnie informację, i tak podałbym ją w ciągu kilku lat “przy okazji”.

Jeśli jest jakaś wymiana tych danych, to odbywa się w sposób niejawny - to znaczy, zmieniając miejsce zamieszkania (zameldowania), mam obowiązek (chyba nawet pod groźbą odpowiedzialności karnej w niektórych przypadkach) samodzielnie udać się do prawie każdej z powyższych instytucji i oznajmić ten fakt, wypełniając oczywiście odpowiedni formularz, w którym ponownie wpisuję wszystkie swoje dane. Jeśli tego nie zrobię, być może niektóre urzędy wymienią się to informacją, ale nie wiem które ani kiedy; nie wiem też, co mnie spotka w związku z tak olbrzymim zaniedbaniem, jak niepodanie urzędowi skarbowemu miejsca zameldowania.
Do tego dochodzą firmy prywatne i inne instytucje, z usług których korzysta duża część społeczeństwa, na przykład banki czy towarzystwa ubezpieczeniowe.

Główny problem to brak wymiany danych

To, co szwankuje, to przede wszystkim brak synchronizacji między tymi wszystkimi instytucjami. Powoduje to na skalę państwa niesamowite marnotrastwo czasu i energii ludzi, bo wszystko trzeba załatwiać ręcznie, trzeba stać w kolejkach, trzeba obsługiwać setki wniosków, weryfikować poprawność danych za każdym razem i tak dalej.

Zdaję sobie sprawę, że stworzenie dobrego systemu państwowego (pełna synchronizacja danych) jest koszmarnie trudne organizacyjnie, czasochłonne, kosztowne. Na Zachodzie jest pewnie trochę lepiej z tą synchronizacją, ale o ile się dowiaduję od znajomych przebywających dostatecznie długo w Europie Zachodniej, niewiele lepiej.

Porażką informatyki jest to, że jako dziedzina nauki i techniki dawno już (całe dziesięciolecia) posiada ona narzędzia, które zapewniłyby to, czego mnie osobiście brakuje. Być może przyczyny są bardzo prozaiczne: firmy informatyczne współpracujące z administracją robią wielkie pieniądze na wszystkim, oferując nieco lepsze tylko niż wcześniej rozwiązania; ludzie zdeterminowani, myślący przyszłościowo i mający kompetencje do integrowania tylu różnych systemów na skalę kraju robią zupełnie inne, ciekawsze rzeczy, i są zbyt drodzy, by Państwo mogło ich ściągnąć we własne szeregi; albo nasz kraj potrzebuje czasu na rozwiązywanie dziesiątek innych, bardziej palących problemów, a te kilkanaście lat wolności od 1989 to okres zbyt krótki, by nawet dobra wola, determinacja i kompetencje cokolwiek tu zdziałały.

Nie mam pojęcia, jak działają od wewnątrz systemy komputerowe administracji rządowej w Polsce, ale moje wrażenie jest takie, że w znakomitej większości są to luźno lub w ogóle nie powiązane ze sobą silosy, pomiędzy którymi dane przenoszone są tak naprawdę ręcznie (poprzez pracę urzędników). Ostatnio w Ministerstwie odpowiedzialnym za informatyzację jest sporo wakatów na stanowiska ludzi odpowiedzialnych, które nawet mnie kuszą możliwością “pracy u podstaw”, ale podejrzewam, że tylko przez pewien czas byłoby to coś pasjonującego, a w rzeczywistości jest to paskudnie ciężka, obwarowana setkami ograniczeń praca.

Mimo wszystko jako informatyk naprawdę załamuję ręce wiedząc, jak to wszystko powinno śmigać. Mam nadzieję, że za pięćdziesiąt lat, jako staruszek, komputery będą upraszczać codzienne życie w każdej jego sferze, a nie tylko stać na biurkach biednych urzędników jako zastępstwo maszyny do pisania.

Znajdź 10 różnic

Znajdź 10 różnic.

Grupa fokusowa

Czy podobają się Państwu tamte spodnie? Tam daleko, w rogu sklepu, 10 metrów od nas, pod lustrem.

Nie jesteśmy pewni, jaki to rozmiar. Czy to są damskie, czy męskie? Słuszne pytanie. Nie, nie mamy jeszcze takich detali jak szwy, krój czy szerokość nogawek.

Jak pani myśli, pani Małgorzato? A Pan?

Badanie z użytkownikiem

Proszę założyć te spodnie, kucnąć, a potem przebiec w nich 100 metrów.

Wszystkie konta prezydenta

Mam na komputerze dokument, w którym trzymam listę swoich kont internetowych. Zawiera ona adresy serwisów i nazwy, pod którymi się w nich zarejestrowałem. Zazwyczaj też jest tam informacja, która pozwala mi odwtorzyć hasło, gdybym je zapomniał.

Potrzebuję listy kont, bo mam ich dużo, stosuję różne nazwy użytkowników (czasami jest to wręcz wymuszone), także zazwyczaj różne hasła, wreszcie — po prostu aby w razie czego móc wyczyścić po sobie śmieci; lubię porządek, a zwłaszcza kasowanie rzeczy, o których przekonam się, że są śmieciami.

Lista nie jest kompletna. Po pierwsze, zacząłem to spisywać w chwili, gdy już oczywiście nie pamiętałem o wszystkich swoich kontach. Poza tym od jakiegoś czasu nie wszystkie moje nowe konta tam trafiają. Nie liczyłem (trudno mi to w wygodny sposób zrobić, poza właśnie spisywaniem), ale szacuję, że w ciągu miesiąca przybywa mi średnio kilkanaście nowych kont w różnych serwisach, z których oczywiście w większości nie będę korzystał zbyt szybko. Część z nich kasuję zresztą zaraz po założeniu. Jestem w tym na tyle uparty, że nawet często piszę listy do administratorów z prośbą o usunięcie konta, bo często nie ma po prostu takiego elementu w interfejsie (nie wątpię, że zazwyczaj celowo) — jest tak na przykład w niektórych serwisach społecznościowych czy sklepach internetowych (jedne i drugie bardzo potrzebują dużej liczby użytkowników, rzecz jasna).

Lista ma obecnie 44 pozycje, ale aby była kompletna, musiałbym najpierw przejrzeć hasła zapisane w przeglądarce, czytniku poczty, serwerach postawionych lokalnie na moim komputerze, spisać wszystko. Potem przejrzeć del.icio.us, wreszcie wysilić pamięć, w jakich to sklepach internetowych robiłem zakupy, i miałbym prawie wszystkie. Oczywiście to wszystko jest związane z hasłami, ale mam na myśli same tylko konta.

Nie irytuje Was ta konieczność zakładania kont?

Mnie irytuje coraz bardziej, choć w gruncie rzeczy nie waham się podawać swojego e-maila, nie odczuwam kłopotów z zapamiętywaniem haseł, no i jako informatyk pracujący w Internecie jestem sprawny w korzystaniu z dużej liczby przydatnych narzędzi. A jednak ta konieczność zakładania kont powstrzymuje nawet mnie przed korzystaniem z różnych serwisów. Powoduje także, że chcąc wrócić do niektórych i nie znajdując nazwy użytkownika na liście swoich kont, liście robionej “ręcznie”, klnę na te przyjazne, “dostosowujące się” rozwiązania. Nawiasem mówiąc, zakładanie nowego konta dla każdego nowo napotkanego serwisu bardzo przypomina konieczność każdorazowego podawania wszystkich danych osobowych w formularzach krajowej administracji — nie wystarczy mój PESEL, musi być też nazwisko, adres, imiona rodziców, data i miejsce urodzenia, numer dokumentu i tak dalej, i tak dalej. To przecież tak, jakby za każdym razem zakładać nowe konto internetowe, na szczęście dane rzadziej się zmieniają…

W powyższym świetle pamięć przeglądarek, które gromadzą nawet tylko raz użytą parę login-hasło, i nawet po pół roku same to wstawiają w odpowiedni formularz, staje się dla mnie najważniejszą funkcją po wyświetlaniu strony i otwieraniu nowej zakładki…

Istotnym zagadnieniem w tym kontekście jest tożsamość elektroniczna, przez Dicka Hardta nazwana Identity 2.0. Jeśli chcielibyście, tak jak ja, musieć pamiętać jedno tylko hasło do wszystkich używanych przez Was serwisów i nie musieć za każdym razem podawać od początku wszystkich swoich danych w każdym kolejnym sklepie internetowym czy serwisie społecznościowym, obejrzyjcie koniecznie prezentację o Identity 2.0 wspomnianego pana Hardta — jest to wprowadzenie do koncepcji Identity 2.0, w dodatku prezentacja poprowadzona jest w rewelacyjnym stylu (który próbowałem imitować w lutym w Warszawie, co mi się częściowo udało, jak się później dowiedziałem od kilku słuchaczy :).

Korespondowałem nawet w sprawie łączenia danych użytkowników z jednym z autorów Ma.gnolii, Toddem Siedlingiem. Napisałem mu, że podoba mi się ten serwis, ale dopóki nie zaimportuję danych z del.icio.us, to nie mam jak się tam przenieść — nie będę przecież każdego serwisu wstawiał to tu, to tam, chyba że ktoś zrobic “bramkę” wstawiającą go do obu systemów w tle… ale wówczas to ta bramka będzie dla mnie nowym serwisem, i oczywiście do niej znów trzeba będzie się logować. Problem ten stanie się szczególnie przykry w serwisach społecznościowych, jeśli już nie jest. Brak wymiany informacji powoduje, że sieci z globalnych stają się znów lokalne, wymusza to konkurencja. Przykre. Co na to poradzić?

User science

Ojciec polecił mi ostatnio książkę Richarda Feynmana, amerykańskiego fizyka noblisty, zatytułowaną “Przyjemność poznawania”. Jest to zbiór wywiadów i esejów. Główne dwa tematy przewijające się przez całą książkę to Feynmana widzenie i znaczenie nauki (i świata jako ciągłego dostarczyciela zadziwiających obserwacji) oraz jego najważniejsze przedsięwzięcia naukowe (nanotechnologia, diagramy, projekt Manhattan).

Feynman przekazuje w tej książce, że należy szanować niepewność.

Piszę o tym, ponieważ Feynman w elegancki sposób tłumaczy, na czym polega nauka, i jak powinno się ją uprawiać. Nauka polega na obserwacji, wnioskowaniu z tych obserwacji i - co bardzo często podkreśla - na braku pewności, że otrzymane wnioski są prawdą ostateczną. Nie wiemy tak naprawdę, jak działa świat - próbujemy znajdować coraz lepsze przybliżenia opisu zjawisk, które obserwujemy, modele, które coś są w stanie przewidzieć, ale zawsze dopuszczamy możliwość błędu. Nauką jest to, co obserwowalne. Feynman negatywnie wypowiada się o naukach humanistycznych, o filozofii.

Gdy przykładam jego słowa do interakcji człowiek-komputer, widzę, jak często sam łapię się na tym, że już, już chcę coś kategorycznie stwierdzić na temat projektu, interfejsu, który oglądam.

“Ten przycisk jest za słabo powiązany z tym komunikatem.”

“Wydaje mi się, że tutaj brakuje trochę światła.”

“Musimy uprościć ten formularz.”

Jak często to słyszymy czy sami mówimy? Ja zbyt często. Nie wiem, jak Wy. ;)

Nie przeprowadziłem dotąd ani jednego, naprawdę, ani jednego badania z użytkownikami, w którym coś by mnie nie zaskoczyło. Nawet pomimo faktu spędzenia nad każdą badaną witryną dużej ilości czasu przed testami z udziałem użytkowników.

Spotkałem się z opinią, że badania z użytkownikami są w ogóle bez sensu. Witrynę czy program można świetnie przygotować opierając się na wiedzy ekspertów, na wytycznych, że wystarczy odpowiednio dużo czasu poświęcić na analizę problemu - i gotowe.

Świetnie, ale skąd w ogóle wzięła się wiedza ekspertów, a nawet lepiej - wytyczne? Skąd wzięły się interfejsy takie, jakie widzimy? Przecież one wzięły się właśnie z badań w laboratoriach użyteczności oraz opinii użytkowników, gdy badania nie były prowadzone, z nieformalnej obserwacji znajomych, kolegów po fachu. Z obserwacji.

Zdobycie kilku użytkowników może być wbrew pozorom trudne organizacyjnie, ale warto - wtedy dopiero można powiedzieć, że uprawia się user science.

Przykład ciekawostki (tutaj akurat opinii użytkownika, a nie samego zdarzenia) — oto ciekawa odpowiedź jednego z użytkowników na pytanie, jak rozumie słowo “Przechowalnia” w sklepie internetowym - czego spodziewałby się po takiej funkcji. Użytkownik stwierdził, że przechowalnia to chyba takie miejsce, gdzie może wrzucić jakiś towar i nawet jeśli towar ten zniknie po kilku tygodniach z oferty, egzemplarz w przechowalni będzie dostępny do zakupu. Innymi słowy: przechowalnia to towary spod lady. Wspaniałe!

Dopóki nie sprawdzisz z użytkownikiem, nie wiesz, czy działa, możesz najwyżej podejrzewać. Weryfikuj swoje przypuszczenia i zakładaj możliwość pomyłki. Taki jest mój wniosek i jednocześnie kierunek rozwoju… więcej user testów, więcej patrzenia, jak właściwie ludzie korzystają z komputerów. Mnie to bardzo interesuje i skwapliwie przyglądam się, gdy tylko ktoś w moim otoczeniu jęknie, że z czymś sobie nie może poradzić: co sprawiło trudność? Co użytkownik rozumie pod pojęciem? Jak sobie z tym poradzić?

Pamiętajcie o tym terminie user science, bo on naprawdę jest ważny - to nie jest żadna papka pojęciowa.

Raj informacyjny

Od pewnego czasu próbuje ogarnąć wszystkie informacje, które składuję w swoim komputerze oraz w Internecie. Okazuje się to coraz trudniejsze.

Pierwotnie moim celem było po prostu niezapominanie - ponieważ angażuję się w bardzo wiele drobnych rzeczy, zaczęło się zdarzać, że o czymś po prostu zapomniałem. Bojąc się, że zapomnę o jakichś formalnościach czy spotkaniu, zacząłem prowadzić własne to-do list - to było może nawet jakieś 2 lata temu… Długo szukałem dobrego programu do prowadzenia listy zadań, przez pewien czas korzystałem z Mozilla Calendar (Sunbird), ale to było nieporozumienie. Nie potrzebowałem kalendarza. Szukałem programów opensource, próbowałem różnych rzeczy - wszystko na nic. Za skomplikowane, za wolne, za trudno dostępne. Próbowałem też ostatnio Remember The Milk i Ta-da lists, niestety idą w inną niż ja stronę.

Aż w końcu, podczas pobytu w Saarbruecken, zacząłem pisać własny program, nazwany roboczo po prostu task list. Od maja tego roku korzystam z niego z powodzeniem, wprowadziwszy właściwie niewiele usprawnień. Coraz bardziej potrzebuję jego rozbudowy - na razie działa tylko na jednym komputerze i już robi się za wolny, brakuje mu “budzików” (powiadamiania o ważnych terminach) i innych drobiazgów… ale działa.

Okazało się jednak, że nawet jeśli jakoś to poprawię i umieszczę bezpiecznie w Sieci, tak żeby było dostępne przez WWW skądkolwiek, mam znacznie większy problem.

Natłok danych.

Żeby to wyjaśnić, przytoczę wyciąg z listy moich zasobów - elementów mojego własnego, prywatnego systemu informacji, który po wielu latach przywiązania do komputera rozrósł się do przerażających rozmiarów…

  • wspomniany task list - lista zadań (w skrócie) do zrobienia
  • email - kilka kont, poczta na komputerze w domu i w pracy. Listy dyskusyjne, archiwa, załączniki.
  • Skype, GG, Jabber, MSN Messenger - komunikatory z własnymi archiwami i listami kontaktów
  • LinkedIn - serwis kontaktów biznesowych
  • materiały związane z pracą magisterską, nad którą pracuję, w tym osobne to-do
  • lista haseł (podanych nie wprost ;), bez niej już dawno pogubiłbym się wśród tych dziesiątek kont internetowych (na szczęście większość haseł można zapamiętać w programach Mozilli pod jednym master password)
  • lista kontaktów
  • bookmarki w Firefoksie i poza nim, ostatnio także del.icio.us
  • RSS-y, z którymi nie mogę sobie poradzić
  • setki zdjęć, których nie zgromadziłem w galeriach tak, jak chciałem (przy czym tak opiewana Picasa nie spełnia połowy moich wymagań)
  • swoja strona WWW, w tym Elsinterakcja i nowe projekty
  • portfolio i CV
  • śledzenie kont bankowych online
  • kilka forów i stron internetowych, na które z różnych względów zaglądam regularnie
  • backupy
  • projekty prowadzone w systemie Basecamp

Obłęd! Duża część powyższej listy wymaga poświęcenia uwagi co najmniej raz w tygodniu. Większość jej elementów rozrasta się, nigdy zaś nie kurczy. Informacji mam coraz więcej, w coraz większej liczbie miejsc.

Ja już wiem, czego będę potrzebował w ciągu najbliższych kilku lat: narzędzi integrujących te informacje, pozwalających mi zabrać je ze sobą wszędzie i bezpiecznie przechowywać, i przede wszystkim jakoś panować nad ich rozrostem, które pozwolą mi przenieść je z dzisiejszych komputerów do nowszych urządzeń w przyszłości - narzędzi, których do dzisiaj światowa informatyka po prostu nie wytworzyła.

Dzisiejszy raj informacyjny - to moje prywatne piekło, które wynika z całkowitego polegania na komputerze. Dziwię się, że potrafię przeżyć bez niego 24 godziny i nawet nie pomyśleć, że chciałbym sprawdzić pocztę (sprawdziłem, że potrafię, ale warunkiem koniecznym jest brak kontaktu z jakimkolwiek komputerem). Czas coś zmienić.

Czy Wy też macie poczucie, że nowe “ważne” informacje pojawiają się zbyt prędko?

    starsze artykuły »