Informatyka jako dziedzina naukowo-techniczna rozwija się wspaniale, jednak z punktu widzenia obietnic, jakie składano i wciąż składa się konsumentom czy całym społeczeństwom, zawodzi na całej linii. To, co było na początku główną obietnicą komputerów — uproszczenie przechowywania i przetwarzania informacji, wymiany tych informacji między różnymi systemami, koniec z tonami papieru — jest tak naprawdę luksusową cechą wybranych, najdroższych systemów informatycznych. Świat komercyjny rozdrobnił się na setki tysięcy aplikacji, organy rządowe poszczególnych państw mają własne bazy danych, które zaczynają współpracować ze sobą dopiero wtedy, gdy ktoś podniesie raban, że co to za komputery, skoro między jednym a drugim trzeba przepisywać dane ręcznie. Podobnie bezpieczeństwo. Powinien to być podstawowy wymóg przy odbiorze każdego systemu, a jednak oferowany jest jako wartość dodana: “Nasz system robi to, czego potrzebujecie, a na dodatek jest bardzo bezpieczny.” Piękne.
Komputery stosowane są niemal wszędzie, ale zawodzą w najbardziej przyziemnych czynnościach lub może - żeby ująć precyzyjniej, co mam na myśli - nie pomagają nam tam, gdzie powinny, tj. nie zmniejszają ilości pracy wymaganej do realizacji naszych celów.
Podam dwa polskie przykłady, związane z szeroko rozumianą wymianą danych pomiędzy różnymi podmiotami (coś, co powinno być tańsze i łatwiejsze niż przechowywanie i organizowanie ton papierów).
Przykład 1: kierowca musi mieć przy sobie dokumenty pojazdu
Jeśli wychodzę z domu i zamierzam jechać samochodem, muszę zabrać ze sobą klucz do samochodu, dowód rejestracyjny i dowód ubezpieczenia OC. Oba dokumenty dotyczą tego i tylko tego samochodu, do którego pasuje kluczyk. Kluczyk ma wbudowaną elektronikę, która także jest zaprogramowana do tego konkretnego pojazdu. Innymi słowy, kluczyk wie, że pasuje właśnie do tego auta. Dokumenty też wiedzą, że dotyczą tego auta i jego właściciela. A jednak nie wystarczy mieć w kieszeni kluczyka, aby legalnie jeździć. Czemu?
Powody bezpośrednie są następujące:
- państwo polskie wymaga noszenia ze sobą tych dokumentów przez każdego kierowcę
- nikt nie wbudowuje dokumentów w sam pojazd
Kluczyk produkowany jest przez producenta auta (na przykład koncern międzynarodowy), zaś dokumenty wydawane są przez państwo polskie (które bardziej ufa pewnie papierowi niż elektronice dostarczanej przez koncern).
Porażka informatyki w tym przypadku polega na tym, że powód pierwszy nie powinien powstrzymać producentów aut i rządów państw przed integracją ewidencji dzielonych zasobów. Prawo wymaga ode mnie posiadania dokumentów? Niech one będą w aucie.
Podstawowa korzyść: wystarczy mi już tylko sam kluczyk - nie muszę tachać ze sobą za każdym razem dokumentów, obawiać się, że je zgubię, wymieniać na nowe przy okazji ponownej rejestracji pojazdu; państwo nie musi mi ich za każdym razem tworzyć.
Przykładowe rozwiązanie polegałoby na wbudowaniu w samochód modułu zawierającego jego historię, informacje techniczne, ubezpieczeniowe, rejestracyjne i inne niezbędne. Kopia tych informacji byłaby na przykład w centralnym systemie państwowym. Odpowiednie urządzenia umożliwiałyby odczyt bądź modyfikację tych danych przez uprawnione podmioty (policjant podczas kontroli drogowej, agent ubezpieczeniowy, właściciel pojazdu itp.)
CEPiK (Centralna Ewidencja Pojazdów i Kierowców) to inicjatywa mająca na celu uprościć życie organów państwowych zajmujących się takimi rzeczami, ale o ile mi wiadomo, prace nad nią idą w innym kierunku - mają za cel m.in. “poprawić bezpieczeństwo obrotu cywilno-prawnego pojazdami”.
Przykład 2: nadmiarowość formularzy
Mam 24 lata. Szacuję, że do tej pory musiałem co najmniej kilka tysięcy razy w różnych formularzach i druczkach papierowych podawać swoje imię i nazwisko, PESEL, datę urodzenia, adres zameldowania, numer dowodu osobistego itd. Moje dane (jako obywatela RP) są składowane w bliżej nieokreślonej liczbie organów administracji:
- urząd skarbowy
- urząd miejski (prawdopodobnie kilka różnych oddziałów)
- ZUS
- NFZ
- wszystkie szkoły (podstawowa, średnia, wyższa)
- wybrana placówka opieki zdrowotnej
- Wojskowa Komenda Uzupełnień
- urząd stanu cywilnego
Jest tego pewnie znacznie więcej, nawet nie wiem, skąd mogę wiedzieć, gdzie jeszcze przechowywane są moje dane.
Praktycznie w każdym z tych urzędów dane podaję od nowa - zdobywając NIP czy wypełniając wniosek o wydanie nowego paszportu, na przykład, za każdym razem muszę podawać niemal wszystkie informacje osobowe. Ewidencja jest niemal zbędna - gdyby nagle wszystkie urzędy straciły o mnie informację, i tak podałbym ją w ciągu kilku lat “przy okazji”.
Jeśli jest jakaś wymiana tych danych, to odbywa się w sposób niejawny - to znaczy, zmieniając miejsce zamieszkania (zameldowania), mam obowiązek (chyba nawet pod groźbą odpowiedzialności karnej w niektórych przypadkach) samodzielnie udać się do prawie każdej z powyższych instytucji i oznajmić ten fakt, wypełniając oczywiście odpowiedni formularz, w którym ponownie wpisuję wszystkie swoje dane. Jeśli tego nie zrobię, być może niektóre urzędy wymienią się to informacją, ale nie wiem które ani kiedy; nie wiem też, co mnie spotka w związku z tak olbrzymim zaniedbaniem, jak niepodanie urzędowi skarbowemu miejsca zameldowania.
Do tego dochodzą firmy prywatne i inne instytucje, z usług których korzysta duża część społeczeństwa, na przykład banki czy towarzystwa ubezpieczeniowe.
Główny problem to brak wymiany danych
To, co szwankuje, to przede wszystkim brak synchronizacji między tymi wszystkimi instytucjami. Powoduje to na skalę państwa niesamowite marnotrastwo czasu i energii ludzi, bo wszystko trzeba załatwiać ręcznie, trzeba stać w kolejkach, trzeba obsługiwać setki wniosków, weryfikować poprawność danych za każdym razem i tak dalej.
Zdaję sobie sprawę, że stworzenie dobrego systemu państwowego (pełna synchronizacja danych) jest koszmarnie trudne organizacyjnie, czasochłonne, kosztowne. Na Zachodzie jest pewnie trochę lepiej z tą synchronizacją, ale o ile się dowiaduję od znajomych przebywających dostatecznie długo w Europie Zachodniej, niewiele lepiej.
Porażką informatyki jest to, że jako dziedzina nauki i techniki dawno już (całe dziesięciolecia) posiada ona narzędzia, które zapewniłyby to, czego mnie osobiście brakuje. Być może przyczyny są bardzo prozaiczne: firmy informatyczne współpracujące z administracją robią wielkie pieniądze na wszystkim, oferując nieco lepsze tylko niż wcześniej rozwiązania; ludzie zdeterminowani, myślący przyszłościowo i mający kompetencje do integrowania tylu różnych systemów na skalę kraju robią zupełnie inne, ciekawsze rzeczy, i są zbyt drodzy, by Państwo mogło ich ściągnąć we własne szeregi; albo nasz kraj potrzebuje czasu na rozwiązywanie dziesiątek innych, bardziej palących problemów, a te kilkanaście lat wolności od 1989 to okres zbyt krótki, by nawet dobra wola, determinacja i kompetencje cokolwiek tu zdziałały.
Nie mam pojęcia, jak działają od wewnątrz systemy komputerowe administracji rządowej w Polsce, ale moje wrażenie jest takie, że w znakomitej większości są to luźno lub w ogóle nie powiązane ze sobą silosy, pomiędzy którymi dane przenoszone są tak naprawdę ręcznie (poprzez pracę urzędników). Ostatnio w Ministerstwie odpowiedzialnym za informatyzację jest sporo wakatów na stanowiska ludzi odpowiedzialnych, które nawet mnie kuszą możliwością “pracy u podstaw”, ale podejrzewam, że tylko przez pewien czas byłoby to coś pasjonującego, a w rzeczywistości jest to paskudnie ciężka, obwarowana setkami ograniczeń praca.
Mimo wszystko jako informatyk naprawdę załamuję ręce wiedząc, jak to wszystko powinno śmigać. Mam nadzieję, że za pięćdziesiąt lat, jako staruszek, komputery będą upraszczać codzienne życie w każdej jego sferze, a nie tylko stać na biurkach biednych urzędników jako zastępstwo maszyny do pisania.