Archiwum artykułów: Opowiadania tecHCIty

Autostopowicz w tecHCIty

Feye wyszedł z domu. Na dworze było bardzo nieprzyjemnie, zima dawała się we znaki już od dłuższego czasu. Idąc w stronę przystanku Feye żałował, że nie ma własnego samochodu.

Oczekiwanie na autobus było szczególnie irytujące — nie było się gdzie schować, a wiatr co chwila wywoływał nieprzyjemne dreszcze. Gdy minęło go kilka aut, mężczyzna przypomniał sobie o programie, który ostatnio pobrał na swój rękomputer. Uruchomił go, na planie miasta wskazał Rynek, gdzie zamierzał się dostać, i czekał. Przez chwilę nie bardzo wiedział, czy program już działa i szuka kierowcy, który by go podrzucił do centrum, czy też musi coś jeszcze zrobić. Gdy jednak błysnął na zielono komunikat “Trasa do Rynku uzgodniona, proszę czekać na kierowcę…”, Feye wiedział, że teraz musi już tylko uzbroić się w cierpliwość.

Rzeczywiście, po chwili jeden z samochodów jadących prawym pasem wystawił migacz i zajechał na przystanek. Feye podszedł do drzwi i otworzył je; w środku przywitała go krótkowłosa brunetka:

- Cześć, jedziesz do Rynku, tak?

Zaskoczony Feye odparł:

- Tak, skąd wiesz..?
- Aaa, pierwszy raz? - roześmiała się. - Wskakuj, zielone się zaraz skończy.

Feye wsiadł do samochodu. Kobieta ostro ruszyła. Jechali w milczeniu przez jakiś czas. Feye oglądał ulice miasta i zastanawiał się, dlaczego tak długo nie korzystał z tak znakomitej usługi… On oszczędza na biletach, ona i tak jedzie do centrum. “Ciekawe, czy coś za to zapłacę” - pomyślał.

- Naprawdę nie jeździłeś dotąd na stopa w mieście?
- Nie, nigdy. A Ty.. od dawna? - zapytał. Na odpowiedź czekał dłuższą chwilę, bo dziewczyna rozglądała się wokół, przejeżdżając przez zatłoczone skrzyżowanie.
- Prawie rok. Można spotkać zabawnych ludzi - uśmiechnęła się. - No, wyskakuj, do Rynku stąd już masz dwa kroki.
- Jasne. Dzięki! - powiedział i wysiadł z samochodu.
- Pamiętaj o pozytywie! - zawołała jeszcze, gdy zamykał drzwi.

Feye popatrzył za niebieskim Peugeotem. “Jakim pozytywie?” - nie zrozumiał. Wtedy jednak zapiszczał rękomputer. Feye odsłonił rękaw i spojrzał na ekran, na którym widniało pytanie: “Czy poleciłbyś tego kierowcę innym?”, a pod nim: “System CityStop: szybko, tanio, bezpiecznie”. Autostopowicz uśmiechnął się i wybrał “Tak!”, po czym udał się w swoją stronę.

Aktualizacja 16.10.2007: taki system naprawdę wkrótce powstanie! (Wróżę mu wielki sukces.)

Ma pani wersję bez podłączenia?

- Ma pani wersję bez podłączenia? — zapytał Feye. Obracał w rękach małe, srebrne urządzenie w kształcie dysku. Gdy zbliżał je do mikrokomputera, oba rozbłyskiwały, łączyły się i automatycznie zaczynały synchronizować.

- Jasne, kochanieńki. Tylko to będzie drożej kosztowało — odpowiedziała sprzedawczyni, uśmiechając się. — Każdy by chciał bez neta, a przecież tego nie produkują w Chinach. Dwieście euro.

- Fiuu…. W sumie ceny powinny spadać, a nie iść do góry — lekko zdenerwował się mężczyzna. — To prawie dwa razy drożej!

- Drogo, ale wygodnie — wzruszyła ramionami. — To który dać?

- Droższy, nie będą mi ciągle zaglądać do kolekcji.

Kobieta sięgnęła pod ladę, wyjęła stamtąd identyczne z wyglądu srebrne maleństwo i chciała już przełożyć do oryginalnego opakowania, gdy Feye wstrzymał ją gestem, przyłożył na chwilę swój zegarek, po czym widząc, że nic się nie aktywuje, skinął głową, uśmiechając się lekko.

- Dobry sprzęt, też z Kalisza? - spytał, przykładając dowód do czytnika.

- Chyba tak, ale w sumie to już się pogubiłam. Coraz więcej tego się teraz robi, nawet już to nazywają “fabrykami”.

- Trafna nazwa — stwierdził Feye. — Dwieście, O.K. — potwierdził na terminalu kwotę transakcji i po chwili szedł już do domu z najnowszym cudeńkiem rynku elektroniki.

Po powrocie do domu Feye otworzył w łóżkomputerze kolekcję muzyki i wstukał kod nabazgrany na karteczce do kupionego własnie odtwarzacza muzycznego, aby go uruchomić. Nic się jednak nie stało. Mężczyzna się zdenerwował. Spojrzał jeszcze raz na kartkę i palnął w czoło, zauważając, że to, co wziął za cyfrę, było podobnie wyglądającą literą. Pamiętał, że kiedyś, jeszcze przed Thingnetem, w podobny sposób irytowały go zabezpieczenia niektórych serwisów. “Ciekawe, przed czym próbowali się w ten sposób zabezpieczyć” — myślał.
Po wpisaniu poprawnego kodu odtwarzacz włączył się i zaczął wymieniać informacje z komputerem. Po kilkunastu minutach Feye trzymał w dłoni całą swoją muzykę, preferencje muzyczne i ustawienia dla każdego dostatecznie często zdarzającego się otoczenia. Nowinka od Umusic miksowała z tego ścieżkę dźwiękową na każdą chwilę, gdy tylko Feye nie był zajęty czymś ważnym, sama ustawiała głośność i dawała się wyłączyć i włączyć na wiele wygodnych sposobów. Na przykład poprzez odpowiednie mruknięcie.

Był to egzemplarz bez podłączenia do Thingnetu, dzięki czemu żadna korporacja nie była w stanie śledzić jego upodobań, ani nawet w przybliżeniu wyznaczyć wysokości abonamentu na rozrywkę. Dzięki urządzeniom niesynchronizującym się z globalną siecią elektroniki użytkowej Feye wyglądał na osobę, która utworów muzycznych słuchała tylko na przystankach, dyskotekach i u znajomych.

Dopiero kilka miesięcy wcześniej, po wielu nieudanych próbach, w sieci pojawiły się pierwsze skuteczne sposoby na złamanie zabezpieczeń fizycznych i programowych, które dotychczas z jednej strony gwarantowały większości ludzi w miarę tanią, swobodną i legalną wymianę plikami chronionymi prawami autorskimi, z drugiej jednak, co by nie mówić, w olbrzymim stopniu ingerowały w prywatność. Buntownikom pozostawało słuchanie starszych kawałków, łapanie przypadkowo wypuszczonych bez zabezpieczeń nagrań, które dawało się odsłuchiwać także na najnowszym sprzęcie, wreszcie korzystanie z odtwarzaczy i komputerów starszej generacji, na które można było skopiować wszystko, ale których wygoda pozostawiała wiele do życzenia. Poza tym obciachowo było chodzić po szkolnym korytarzu z anachronicznymi, niezdrowymi słuchawkami, gdy większość kolegów i koleżanek miała w cenie nowych odtwarzaczy pseudoimplanty słuchowe.

Ostatecznie jednak złamano zabezpieczenia i coraz więcej urządzeń udawało się odłączyć od Thingnetu, jednocześnie dając dostęp do praktycznie nieograniczonych zasobów multimedialnych. W sumie chodziło tylko o jedno: znów nikt nie wiedział, czego słuchasz, kiedy i w jakim miejscu to robisz, i z kim wymieniasz się plikami. Obrońcom praw człowieka nie udało się udowodnić, że permanentna inwigilacja, nawet agregowana do ogólnych wzorców i profili użytkowników, jest naruszeniem wolności i prywatności. Dopiero powstanie “fabryk” takich jak kaliska było światełkiem w tunelu.

Feye lubił światełka, jak każdy przeciwnik Thingnetu. Potrafił jednak przyznać, że wygodnie było nie musieć pamiętać, gdzie co jest w domu, bo Google Things lokalizowało wszystko w mgnieniu oka.

Ever Undo / tecHCIty

“Tato! Tato!” - krzyknął Joseph wbiegając do mieszkania. Niedbale rzucił na podłogę swój inteligentny plecak, przyzwyczajony, że ten i tak wykryje zbliżające się uderzenie i wyłączy się tuż przed nim. Zresztą ostatnia generacja skomputeryzowanych ubrań budowana była w ten sposób, że nawet silne uderzenia były dla nich właściwie nieszkodliwe.

Joseph podszedł do ojca oglądającego właśnie w pokoju obrazów najnowsze zdjęcia swojego znajomego. Nawet wykonane tradycyjną metodą fotografie cyfrowe ze stareńkiej lustrzanki cyfrowej na wielkim ekranie ściennym o wysokim zakresie dynamicznym prezentowały się wspaniale.

“Wujek Mungro wraca niedługo ze swojej wyprawy. Jeśli chcesz, możesz potem pooglądać te widoczki” - powiedział mężczyzna.
“Ale tato, tato! Dostałem szóstkę za to opracowanie z historii! Wysłali je na konkurs w Internecie!” - wołał w podnieceniu chłopiec. Czytaj dalej »

Reklama w tecHCIty

Feye obudził się, na szczęście bez bólu głowy. Ostatnie noce nie należały jednak do najprzyjemniejszych. Po utracie pracy w centrum rozrywki zaczęło mu brakować funduszy na utrzymanie własnej rozgłośni, w związku z czym musiał zgodzić się na propozycję stacji Rainbow Dreams. W poprzednią niedzielę wypełnił kwestionariusz osobowy i od tej pory łóżkomputer budził go serią krótkich, bezgłośnych, kolorowych spotów reklamowych emitowanych jako sny. Prawie nigdy nie zapamiętywał żadnych szczegółów, może z wyjątkiem tych wszechobecnych, uśmiechających się kobiet.

Feye odpiął złącze łóżkompa i udał się do łazienki, próbując ułożyć sobie w myślach plan dnia.

Po południu, gdy kręcił się bez celu ulicami tecHCIty, zaczął mu doskwierać straszliwy upał. Wstąpił do najbliższego spożywczego. Przechodząc między półkami wyszeptał do osobistego kontrolera zakupów “coś zimnego”, by po chwili zatrzymać się przy dystrybutorze. Na wielkim ciekłokrystalicznym wyświetlaczu pojawiły się animowane logotypy dwóch napojów chłodzących wraz z krótkimi opisami. Feye nie znał żadnego z nich, ale ten po prawej wyglądał tak kusząco, że mężczyzna bez zastanowienia kiwnął głową i skierował swoje kroki ku wyjściu, gdzie czekała już na niego butelka. Być może gdyby spojrzał na dolną część ekranu, zauważyłby charakterystyczną tęczę…