Backup doskonały: szukam

Powiedzcie mi proszę, jak wy robicie swój backup, co? Szukam czegoś, co ostatecznie rozwiąże tę kwestię i do dzisiaj nie znalazłem fajnego rozwiązania.
Wymagania od całego “systemu” kopii zapasowej mam następujące:

  • da się go skonfigurować tak, że działa w tle - żadnego klikania “zrób backup”
  • kopiuje tylko wybrane przeze mnie katalogi i pliki
  • szyfruje to wiarygodną dla mnie metodą (najlepiej coś open source) po stworzeniu archiwum
  • po stworzeniu archiwum i zaszyfrowaniu mogę zrobić z tym jedną z dwóch rzeczy do wyboru: składować lokalnie (i sobie już odpowiednim narzędziem po sieci lokalnej coś z tym zrobię) albo wysłać gdzieś w sieć, także automatycznie (czyli jakaś wtyczka typu FTP czy cokolwiek innego)
  • bezpieczne miejsce w sieci, gdzie będę mógł sobie to składować (może być płatne, ale pewne)
  • minimalizuje wysyłane przez sieć dane przez pamiętanie które pliki zostały zmienione od czasu ostatniego backupu (incremental backup - nie chcę za każdym razem backupować ponownie setek megabajtów dokumentów, które ostatnio zmieniłem rok temu)
  • przywrócenie z backupu pozwala mi na samodzielne odtworzenie struktury katalogów / plików bez żadnych komercyjnych narzędzi; przykładowo, jeśli to będzie skompresowane gzipem i zaszyfrowane czymś ogólnodostępnym, to czuję się bezpiecznie; jeśli archiwum będzie trzymane w zamkniętym formacie, jestem trochę uzależniony

Macie coś takiego? Albo coś, co spełnia większość z tych postulatów? Czegoś tu pewnie brakuje… bo piszę to w pośpiechu, będąc wkurzonym na własną nieporadność i ociężałość w tym temacie.

Ciekawostka z okolicy: projekt Unison (file synchronization tool for Unix and Windows).

Attention economy

Attention economy to nowy termin określający następujące zjawisko: gdy robisz coś na komputerze, można to rejestrować i wykorzystać. Gdy klikasz (lub nie klikasz) dany odnośnik, gdy setki razy dziennie szukasz czegoś w Google, gdy zwracasz lub nie zwracasz uwagi na reklamę - można z tego wyciągać informacje, potencjalnie cenne biznesowo.

Proponuję zajrzeć do hasła Attention economy na Wikipedii oraz na stronę Attention Trust.
Generalnie chodzi o to, że:

  • ludzie mają ograniczoną ilość czasu i uwagi, którą mogą czemuś lub komuś poświęcić. Można więc zastosować prawa ekonomii do wszystkich informacji, które “domagają się” tej uwagi od ludzi (porównaj z przesłaniem Bit Literacy!)
  • to, co robimy, powinno “należeć do nas” - a obecnie może być wykorzystywane przeciwko nam, bez naszej wiedzy, w sposób, którego nie pochwalamy; stąd idea AttentionTrust.org.

Konkretniej, chodzi na przykład o to, że jeśli Google zarabia dużo pieniędzy na wiedzy o tym, czego ja (i inni ludzie) szukamy, to może Google powinien się z nami dzielić zarobkami. Albo jeśli oglądam reklamy, a nie pomijam ich na różne sposoby, to ma to jakąś mierzalną wartość i powinienem zostać na to bezpośrednio nagrodzony.

W tym temacie jest spam, statystyki internetowe, dane, jakimi dysponują wyszukiwarki, świat reklamy i leadów (właściwie to duży kawał marketingu podpada pod “lupę” AttentionTrust, o ile dobrze rozumiem ich intencje).

Ciekawe, co z tego się wykluje.

Byłoby naprawdę zabawne, gdyby każdy internauta miał udziały w dochodach z reklam, które są targetowane dzięki jego własnemu zachowaniu i informacjom, które o sobie podał.

No i jeszcze dłuższy artykuł na temat attention economy na bardzo popularnym blogu Read/Write Web. Do którego pewnie już część z Was dotarła wpisując w google tytuł tego wpisu.

Po Grill IT 5; prowadzenie prezentacji

Wczoraj zrobiliśmy kolejny, piąty Grill IT we Wrocławiu. Było fajnie!

Ludzie z Making Waves opowiadali o nowym projekcie Second Brain i pokazywali już całkiem zaawansowany prototyp. Jeśli projekt wypali, będzie wreszcie narzędzie, które zapełni lukę pomiędzy środowiskiem desktopowym a webowym. W taki sposób, że w jednym miejscu będzie wszystko, co webowe usera (podpinanie do różnych aplikacji webowych), oraz dokumenty. Wizja bardzo fajna. Męczę się z tematem nadmiaru informacji od dłuższego czasu, SB jest krokiem w dobrą stronę.

Ja opowiadałem o dwóch pomysłach na serwisy finansowe w stylu web 2.0 oraz o Plaxo; moja prezentacja jak zwykle minimalistyczna, tym razem jednak nie było żadnych wielkich przemyśleń.

1. Zapraszam do stworzenia grupy ludzi, której celem byłoby ćwiczenie umiejętności prezentacji. Chodzi o coś podobnego do ToastMasters albo po prostu założenie wrocławskiego oddziału tej organizacji. Autoprezentacja, opowiadanie o swoich projektach przed inwestorami czy na konferencjach na pewno wielu osobom zdarzy się setki razy w ciągu życia - warto ćwiczyć te umiejętności.

Jeśli jesteście zainteresowani, chcecie ćwiczyć przemawianie, piszcie do mnie, spotkamy się w najbliższym czasie (za około dwa tygodnie) i zaczniemy coś robić! (W Polsce jest już kilka grup ToastMasters w innych miastach.)

2. Komentarze pomysłów zrobienia serwisu “IleWydajesz.pl” oraz “IleZarabiasz.pl” podnosili dwa główne problemy: nie jest łatwe i wygodne ciągłe wprowadzanie wydatków (pamiętanie o tym), co wymaga pewnej edukacji w przypadku pierwszego serwisu, zaś w drugim przypadku jedynym dużym problemem wydawała się kilku osobom wiarygodność danych (czy ludzie podadzą prawdziwe informacje).

Co do tego ostatniego, nie jest to moim zdaniem problem, a dlaczego nie jest, kilka osób (dzięki!) zwróciło mi uwagę w rozmowach kuluarowych: po pierwsze, przy dużej skali liczba “bawiących się” czy złośliwców podających nieprawdziwe dane jest mało istotna; po drugie, w przypadku tak prostego serwisu ludzie nie mają motywacji, żeby kłamać - nie mają z tego tytułu żadnej nagrody, nie ma tu (potencjalnie nieuczciwej) konkurencji itp.; po trzecie, w zwyczajnych badaniach marketingowych ilościowych ludzie też kłamią, a w Internecie (jak ktoś zbadał) ludzie kłamią rzadziej niż face-to-face (pewnie mniejszy wstyd przy odpowiedziach uznawanych powszechnie za nieakceptowane, głupie czy kontrowersyjne). Jeśli firmy kupują takie badania tradycyjne, to dlaczego miałyby podważać badania w internecie?

Podsumowując, ku mojej radości nie usłyszałem zupełnie nieprzewidzianego wcześniej problemu, a jeden czy dwa niewielkie ludzie pomogli mi nawet rozwiązać - wspaniałe.

Hasło w aplikacji webowej nie jest konieczne

Standardowa metoda skojarzenia użytkownika aplikacji webowej z jego danymi to konto, do którego przypisany jest adres e-mail użytkownika oraz hasło. Założenie konta polega na podaniu adresu e-mail i hasła oraz (zazwyczaj) na kliknięciu w przesłany na adres e-mail link, co udowadania, że użytkownik jest “właścicielem” tego adresu.

Podczas ponownego użycia serwisu użytkownik podaje e-mail i hasło.

Hasło jednak nie jest w ogóle potrzebne.

Za każdym razem uwierzytelnienie użytkownika o konkretnym adresie e-mail może wyglądać tak samo, jak za pierwszym - niech przy kolejnym logowaniu odbierze nowego maila z linkiem weryfikacyjnym.

Idę o zakład, że znakomita większość użytkowników korzysta z danego serwisu po zalogowaniu tylko jeden, jedyny raz (np. forum, na którym chcą coś znaleźć, ale muszą się zalogować, żeby zobaczyć jakiekolwiek wpisy) — w ten sposób można im uprościć życie. Nie prosić o hasło.

Dla stałych użytkowników może być dodatkowa opcja logowania z hasłem oraz opcja logowania/założenia konta przez OpenID. Oczywiście dla wielu użytkowników może to być utrudnienie (większość systemów webmail jest mniej wygodnych niż desktopowe czytniki poczty), ale jest to opcja, która można rozważyć pisząc proste aplikacje.

Wściekłość po użyciu maszyny do przyjmowania PIT

Pojechałem do Urzędu Skarbowego Wrocław Krzyki złożyć PIT za rok 2006.

“Będę miał z głowy” - tylko z takim nastawieniem tam jechałem. Miałem 3 strony wydruku ze znakomitego, darmowego programu firmy IPS.

Wchodzę do budynku i zaraz za drzwiami widzę automat. Ekran dotykowy, a na nim 5-etapowy obraz procesu: podajesz kilka danych, automat skanuje deklarację i hop, gotowe, bez stania w kolejkach.

Byłem głupi. Naiwny. Pomyślałem, że nie ma co tam na górę iść, tutaj pobawię się urządzeniem, ja “będę miał z głowy”, a kolejka gdzieś tam na górze będzie krótsza.
Wybrałem typ deklaracji (PIT 37), wpisałem NIP (wszystko na klawiaturze ekranowej, działa szybko i wszystko czytelnie napisane). Podałem, że nie mam żadnych załączników.

Program prosi o wsunięcie dokumentu do szczeliny skanera-wciągarki.

Tutaj zacząłem mieć wątpliwości.

Otóż wydało mi się dziwne, że używana jest liczba pojedyncza. Jednak deklaracja ma 3 strony, nie ma możliwości zmieścić jej na dwóch stronach, czyli jednej kartce A4 - uznałem więc, że poprosi mnie o kolejne strony.

Guzik prawda.

Wciągnęła pierwszą i wydrukowała potwierdzenie przyjęcia deklaracji.

Drugiego wydruku przy sobie nie miałem (bo po co).

Dziękuję, drogi urzędzie skarbowy, za bezużyteczne narzędzie. Ktoś musi tam mieć później niezłą radochę, przeglądając pierwsze, niezawierające żadnych informacji o podatkach i dochodach, strony PIT-ów.

Ale możliwe, że to tylko ja jestem taki nadgorliwy.

Żenada.

Interaktywne kino przyszłości

Dzisiaj znów trochę pomarzę. Wyobraźcie sobie, że siedzicie w kinie. I macie wpływ na to, co widzicie - wpływ na punkt, z którego obserwuje się akcję.

Dzisiejsze kino to zlepek często zaledwie kilkusekundowych ujęć wybranych przez autorów filmu, tzn. perspektywa jest narzucona. (To pewnie ma wpływ na atrakcyjność kina - umiejętnie dobrany zlepek jest angażujący.)

Chciałbym, żeby było możliwe coś takiego: jest sobie dwóch bohaterów, którzy rozmawiają. Raz zbliżenie na jednego, raz na drugiego. Mówią, mówią. Jeden gdzieś chodzi, czasami widzimy obu z boku. Siedzą na fotelach w jakimś pokoju, w tle widać regał i okno. W “moim” interaktywnym kinie mamy następującą możliwość - przełączamy widok tak, że widzimy to, co jeden z tych bohaterów - widzimy jego oczami (jak w grze First Person Perspective). Jeśli bohater błądzi wzrokiem np. po ubraniu tego drugiego, będziemy to wiedzieć. O ile inni widzowie nie zrobią tego samego, oni oglądają dalej wszyscy to samo, my widzimy coś innego.

Trochę bardziej skomplikowany przykład. Jakaś wartka akcja - pościg po mieście. Na przykład taki, jak w filmie Ronin, gdy postaci grane przez Reno i De Niro ścigają się (pod prąd) z terrorystą. Scena bardzo emocjonująca i efektowna.

Jeśli chcemy, możemy przełączać do woli widok np. na widok z samochodu uciekających do tyłu, albo widok z lotu ptaka, który pokazałby, jak to wygląda rzeczywiście na ulicach miasta.

Teraz - co to właściwie daje?

Idziemy do kina na nowy film. Kilkaset osób domyślnie ogląda ten sam film, wersję taką, jaką znamy dzisiaj, ale jeśli widzowie mają taką ochotę, to w ciągu tych dwóch godzin każdy ogląda trochę inną wersję kina. O wiele bardziej angażujące przeżycie!

Oczywiście, producent filmu ma niełatwe zadanie, bo obecna technika produkcji wyklucza możliwość użycia czegoś takiego. Poza tym skąd ludzie mieliby wiedzieć, na co i jak i kiedy przełączać widok? Co w momencie zmiany sceny? I tak dalej… i tak dalej…

Silniki 3D w grach komputerowych do pewnego stopnia na to pozwalają, wystarczy popatrzeć na przerywniki w starej już (ponad 5 lat) grze Warcraft III. Oczywiście jakość jest jeszcze nieporównywalna.

Zakładam, że to będzie możliwe w kinie Hollywoodzkim - i to za najdalej kilkanaście lat. Czy będzie opłacalne - no nie wiem. Jeśli przyjmiemy, że taki pomysł oznacza też, że z innej perspektywy można oglądać sceny:

  • batalistyczne (kino historyczne),
  • łóżkowe,
  • pojedynków i większych starć w filmach akcji i science fiction…

…oraz jeśli przyjąć, że producenci mogą umieszczać następujące elementy potęgujące “doznania”:

  • różne ścieżki dźwiękowe dla różnych “miejsc” patrzenia,
  • możliwość stworzenia “wirtualnego” bohatera (ducha) chodzącego swobodnie po planie i podpatrującego akcję, także drugoplanowych bohaterów (którzy nagle mają zupełnie inną rolę do odegrania),
  • możliwość nagrania swojej wersji “oglądania” filmu i konkursy dla najciekawszych “modów” do filmów (!)…

…to nie wydaje mi się to takie nieprawdopodobne komercyjnie i sam z radością zagłębiłbym się w taki świat fikcji.

Jak projektować newslettery raz jeszcze

Raz już opowiadałem o newsletterach z punktu widzenia użytkowników na Grill IT.

W zeszłym tygodniu przygotowałem nieco inną prezentację na ten temat - opowiedziałem o newsletterach (głównie) studentom ekonomii na konferencji Internet Płaszczyzną Globalizacji Handlu.

Prezentacja “Newsletter doskonały” bez nagrania audio czy komentarzy jest mało zrozumiała, ale wystarczy, że podam w skrócie cykl życia newslettera (slajd numer dwa), czyli “co odbiorca robi z newsletterem” - i wszystko stanie się jasne. (Tematem były takie newslettery, na które się ludzie zapisują, a nie jednorazowe mailingi reklamowe.)

  1. Odbiorca wyraża zainteresowanie newsletterem. To znaczy pragnie go.
  2. Odbiorca zapisuje się na newsletter - np. wypełnia pole “email” oraz “imię” i klika “zapisz mnie”.
  3. Po pewnym czasie przychodzi pierwsze wydanie. Może ono nie dotrzeć z powodu filtrów antyspamowych na serwerze odbiorcy. Ale załóżmy, że dotarło.
  4. Użytkownik otwiera swój czytnik poczty i widzi dużo nowych wiadomości, np. 30. Jedną z nich jest nasz newsletter. Przy odrobinie szczęścia jego nazwa zostanie zauważona na liście wiadomości.
  5. Użytkownik klika na naszą wiadomość i jego oczom ukazuje się, no właśnie, coś. Bardzo różnie to wygląda. Zwłaszcza że często newsletter ma kilka “ekranów” długości, a na początku widać jedynie pierwsze pół ekranu od góry. Użytkownik próbuje więc rozpoznać, czy to jest spam, czy nie. Biada, jeśli wyda mu się to spamem.
  6. Użytkownik zaczyna “trawić” wiadomość. Zastanawia się, o co chodzi.
  7. Użytkownik chce coś zrobić, a raczej nadawca chce, żeby użytkownik coś zrobił - no zazwyczaj tak jest, newsletter może zachęcać do kupna produktu, przeczytania dalszej części materiału w sieci, generalnie jest to jakieś “call to action”.
  8. Zdarza się, że użytkownik kasuje wiadomość (przeczytawszy ją lub nie). Czasami nawet chce się wypisać z newslettera.
  9. Stadium ostatecznym jest newsletter, którego nie uda się pozbyć, który staje się zamówioną, ale niechcianą korespondencją, i o którym sfrustrowany użytkownik od czasu do czasu opowie znajomym, zmniejszając w ich oczach zaufanie do marki. (Interes szemrany, tzn. marketing szeptany.)

Po tym wstępie do slajdu numer dwa — zajrzyjcie do pliku z prezentacją (format PowerPoint). Niestety, ponieważ nie mieliście okazji obejrzeć mnie na żywo, straciliście cały urok spotkania ;) Ale za to wkrótce opowiem coś fajnego na kolejnym Grill IT, 17 kwietnia.

Bit Literacy wkrótce

Za kilka dni wydana zostanie pewna książka: Bit Literacy. Nie mogę się jej doczekać. Książka dotyczy nadmiaru informacji i radzenia sobie z tym nadmiarem. Przeznaczona jest dla “zwykłych” użytkowników komputerów, a raczej użytkowników Internetu, telefonów komórkowych, emaili itp. Wrogiem publicznym numer jeden jest tutaj bit.

Dostępny jest pierwszy rozdział książki.

Ta książka jest ważna. Dlaczego? Bo nadmiar informacji to katorga. A Mark Hurst, autor, pisze bardzo ciekawe rzeczy na swojej stronie Good Experience na ten temat, między innymi bardzo ciekawy artykuł o pojęciu “bit literacy”.

Gdy tylko przeczytam książkę, podzielę się wrażeniami. Liczę na jakiś przełom.

« nowsze artykuły     starsze artykuły »